Sunday, July 15, 2012

Semester czyli wakacje po szwedzku

"Semester" po szwedzku wcale nie oznacza semestru szkolnego, wręcz przeciwnie, to słowo po szwedzku oznacza "wakacje", które właśnie trawają w najlepsze. W zeszłym tygodniu przeżyłam szok kulturowy, okazało się, że w Szwecji w lipcu życie pracownicze zamiera i wszyscy udają się na wakacje! Nikt nie myśli o zastępstwach, przekazaniu obowiązków, projektach, wszyscy jak jedn mąż udają się po prostu na 4 tygodnie wakacji!!! Nawet okoliczne restauracje zamknięto na miesiąc i nie ma wyboru, na lunch trzeba ugotować coś w domu. Jako że ja swój wolny urlop zużywam na wyjazdy do Polski i nie mogę sobie pozwolić na tak długie wakacje, jestem uziemiona w niemal pustym biurze. Oczywiście nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, uda mi się nadrobić zaległości i popracować nad rzeczami, na które zwykle nie ma czasu. Przyznam jednak, że wszechobecna pustka działa demotywująco. Ostatnio udało mi się wybrać na krótkie trzydniowe wakacje na Gotlandię. Jadąc tam oczekiwania miałam wielkie, bo tyle się nasłuchałam o tym mitycznym miejscu od znajomych Szwedów. Najbardziej liczyłam na spektakularne obchody Midsommer. Na wyspę dotarłyśmy nad ranem promem z Nynashamn, który dociera do stolicy wyspy - Visby. By nie tracić czasu na przemieszczanie się, hotel zabukowałam tuż przy terminalu promowym i było to naprawdę świetne rozwiązanie. 


Po rozpakowaniu się od razu ruszyłyśmy do Visby, malutkie miasteczko z dobrze zachowanymi elementami średniowiecznej zabudowy i imponującym murem obronnym.


W informacji turystycznej dowiedzieliśmy się o obchodach Midsummer czyli przesilenia letniego i szybko udałyśmy się we wskazane miejsce, by nie przegapić niczego ze spektakularnego widowiska, jakiego spodziewałyśmy się doświadczyć. Pustka, którą zastałyśmy po przybyciu na wskazane miejsce, wydała nam się podejrzana. Przypuszczałyśmy, że może jednak nie dotarłyśmy na właściwe miejsce. Po chwili jednak plac zaczął się zaludniać, a na środek wjechał samochód z przyczepką, w której usadowili się muzykujący panowie z instrumentami. Za nimi zaś podążała grupa miejscowych w ludowych strojach niezbyt donośnie coś śpiewając. Nie takiego świętowania się spodziewałyśmy. Trochę rozczarowane postanowiłyśmy pocieszyć się w naleśnikarni. 


Uczta, jaką nas tam ugoszczono, wynagrodziła wszystko! Naleśnik z typowo szwedzkim serem - Vesterboten oraz rukolą.


Na deser zaś naleśnik z lodami szafranowymi! Pycha! 

O ile w ciągu dnia miałyśmy szczęście do pogody, wieczorem rozpadało się niemiłosiernie. Po całym dniu chodzenia miałyśmy ochotę usiąść w przytulnym zakątku i spróbować jakiegoś lokalnego specjału. Okazało się, że wieczorem miasto opustoszało, wyglądało wręcz na zaupełnie wymarłe. Mit o hucznym świętowaniu Midsommer w Visby upadł. W końcu udało się nam znaleźć otwarty turecki fast food, gdzie w towarzystwie innych zabłąkanych obcokrajowców, przy frytkach i coli obejrzałyśmy mecz Niemcy-Grecja. To tyle jeśli chodzi o tegoroczne świętowanie Midsommer. W przyszłym roku mam nadzieję wybrać się do Dalarna, ojczyzny czerwonego szwedzkiego konika i tak w końcu doświadczyć Midsummer. Przy okazji opowiem o kolejnych dwóch dniach na Gotlandii. Tyle na dzisiaj. 
Pozdrawiam 
Marta

Saturday, April 28, 2012

Wiosna już!

Dawno mnie tu nie było. Przyznam, że zagrzebałam się w pracy, nawet nie zauważyłam zimy w tym roku. Prawdę powiedziawszy okazała się w tym roku również bardzo łaskawa i nie dawała o sobie za bardzo znać. Wiosny nie da się jednak przeoczyć, wkrada się dosłownie wszędzie, nawet na duszy jakoś lżej i aż chce się działać. Wczoraj Sztokholm wyległ na ulice, nagle zrobiło sie tłoczno i gwarno, aż miasta poznać nie mogłam. Zupełnie jakbym znalazła się w innym miejscu. Wystarczyło, by temperatura zbliżyła się do dwudziestej kreski, by wykurzyć ludzi z domów. Słońce jest tu przyznam łaskawe i świeci tak jakoś czysto. Zaczynam odczuwać, że mieszkam na ostatnim piętrze. U mnie w mieszkaniu jest już nie tylko wiosna, ale także lato. W końcu przerzuciłam się na krótki rękawek. A tak dziś rano słońce wkradło się do mojego mieszkania.
Na zdjęciach aż tak tego nie widać, ale było naprawdę słonecznie. Strasznie się już cieszę na nadchodzące szwedzkie lato (tutaj jest takie wyrażanie o znaczeniu zbliżonym do "polskiej jesieni", bo to lato jest tu najpiękniejsze). Pozdrawiam słonecznie Marta

Sunday, February 26, 2012

O mieszkaniach w Szwecji

Tak, wcale się nie przejęzyczyłam, chciałam napisać o mieszkaniach, nie mieszkaniu w Szwecji. To tutaj temat rzeka i uda mi się w tym poście co najwyżej zahaczyć o temat, jakkolwiek niezwykle ciekawy i bardzo w Szwecji ważny.
Takiego poruszenia na rynku nieruchomości jak tutaj, nie widziałam chyba nigdy (może za wyjątkiem boomu mieszkaniowego w Polsce, na który sama trafiłam kupując mieszkanie i nie mogłam uwierzyć, że byłam 20 w kolejce na jakąś nieruchomość).

Ludzie raczej nie kupują mieszkań na całe życie, z góry zakładają, że kupią je na pare lat, do czasu gdy zmienią się ich potrzeby lub stan finansów. O popularności sprzedawania/kupowania mieszkań świadczy również ilość biur pośredników nieruchomości, może je spotkać na każdym rogu, zdają się być popularniejsze niż sklepy Seven Eleven czyli tutejszy rodzaj Źabki. Nie mówiąc już o tym, że idąc z pracy czy do pracy natykam się często na ogłoszenia o "visning" czyli oglądaniu mieszkania.

Tutaj ustalana jest godzina oglądania mieszkania, kiedy pojawiają się wszyscy zainteresowani mieszkaniem, czasami mogą to być prawdziwe tłumy. Po takiej orientacji zaczyna się proces składnia ofert kto da więcej. Zatem proces zakupu mieszkania w Szwecji to prawdziwe polowanie, wiąże się też z prawdziwym stresem, bo nie wiadomo, czy staniemy się właścicielami mieszkania, które sobie upatrzyliśmy, bo zawsze ktoś może przebić naszą ofertę.

Tempo pozbywania się czy kupowania mieszkań jest tu niesamowite. Koleżanka z pracy chciała sprzedać mieszkanie, po dwóch tygodniach od naszej pierwszej rozmowy udało się jej już znaleźć kupca. W międzyczasie sama szukała mieszkania do kupna i w dwa tygodnie o sprzedaży swego mieszkania, stała się właścicielką kolejnego. Przyznam, że prawie za tymi zmianami nie nadążałam.

Szwedzi opanowali też do perfekcji sztukę sprzedaży mieszkań. Przed wystawieniem na sprzedaż mieszkanie jest dopieszczane, by jak najlepiej zaprezentować się na sesji fotograficznej. Te wszystkie szwedzkie mieszkania wyglądają na zdjęciach tak pięknie, ponieważ zostały specjalnie do tych zdjęć wystylizowane, a ich dokumentacji podjął się profesjonalny fotograf. Nie ma tu mowy o zdjęciach robionych we własnym zakresie czy nie daj boże, komórką!
Mieszkania są też do zdjęć celowo "odgracane", moja koleżanka opowiadała nam, że przygotowując mieszkanie do sesji pół mieszkania wyniosła do piwnicy :)

Przyglądając się polskim ogłoszeniom nieruchomości zastanawiam się jak niektóre z mieszkań w ogóle udaje się sprzedać. Mam też wrażenie, że niektóre zdjęcia nieumiejętnie zrobione, wręcz obniżają wartość mieszkania i zniechęcają kupującego.

A tu kilka przykładów z ogłoszeń polskich i szwedzkich, tym razem mój ulubiony temat - łazienki:

Tak wygląda to w Polsce, choć wcale nie są to przypadki hard core.



Źródło: Gratka

Te łazienki nawet nie są takie tragiczne. W Polsce beż to trochę tak jak w Szwecji biel, spotkać ten kolor można najczęściej. Najwięszą zmorą tych łazienek są wystawki z Domestosów, Cifów i innych środków pielęgnacyjno - higienicznych.

A tu kilka przykładów ze Szwecji, całkiem brzydkich łazienek, ale odpowiednio sfotografowanych i odgraconych:




Źródło: Alvhem Makleri

Długi się zrobił ten post, a i tak nie udało mi się w nim wszystkiego zawrzeć. Na pewno temat będę kontynuować.
Pozdrawiam ciepło
Marta

Sunday, January 22, 2012

Targi Formex w Sztokholmie

Od dawna planowalam wybrac sie na targi dekoracji wnetrz Formex i ciesze sie, ze plan zostal zrealizowany. O maly wlos pocalowalabym tylko przyslowiowa klamke. Przed wejsciem okazalo sie, ze to targi zamkniete, tylko dla profesjonalistow. Pan jednak zapytal o moja wizytowke i na szczescie mialam ich kilka przy sobie, powiedzial, ze sie nada i udalo mi sie wejsc! Uff, tak sie juz cieszylam na te targi, specjalnie pojechalam na nie za miasto i mialabym nie wejsc... to by bylo naprawde smutne.



Zdjec nie mam, bo niestety fotografowanie jest zabronione. Ale ile sie za to napatrzylam.... bylo na co. Dominowal francuski shabby styl, najbardziej zachwycilo mnie stoisko Miljögården oraz Dommo by Gawor. Wystawiali piekny szaro-krysztalowy zyrandol, ktory totalnie mnie zachwycil, niestety na targach nie mozna bylo nic kupic. Piekne rzeczy prezenowane byly tez przez niemiecka firme Huebsch.

Jako fanka mydel na dluzsza chwile zatrzymalam sie przy stoisku marki Lucia, ktora prezentowala pieknie pachnace i wspaniale opakowane mydelka. Wlasciciel byl z Danii, wiec nawet sobie chwile pokonwersowalam odkurzajac dawno nie uzywany juz przeze mnie jezyk.




Na dluzsza chwile zatrzymalam sie tez przy bizuterii. Absolutnie zachwycila mnie marka Snö of Sweden. Mysle, ze wkrotce stane sie posiadaczka tego oto, jakze skandynawskiego naszyjnika. Nawet nie sa jakies szczegolnie drogie.



Naprawde zalowalam, ze nie jestem wlascicielka sklepu, bo na pewno wyszlabym z tych targow z duzym zamowieniem. Coz, moze kiedys sie pokusze o otwarcie czegos swojego. Caly czas szukam pomyslu na to, co bede robila po czterdziestce, bo nie sadze, by moj obecny zawo okazal sie na tyle laskawy, bym mogla w nim dluzej wytrwac.

Zgromadzilam cala mase ulotek, zeby nie zapomniec wszystkich marek i moc w swoim czasie do nich wrocic, poogladac.

Zachwycila mnie wizytowka marki Lucia, w ksztalcie mydelka, jakie oferuje:



A osobny post napisze o marce bizuteryjnej Känsla of Sweden:



Pozdrawiam cieplo
Marta

Monday, January 16, 2012

Pierwsza lekcja szwedzkiego

Wczoraj po raz pierwszy od jakichś 10 lat ponownie zasiadłam w ławie szkolnej, by rozpocząć naukę nowego języka. Przyznam, że to bardzo dziwne uczucie, ani przyjemne, ani nieprzyjemne, po prostu dziwne. Na pewno odczuwa się to jako wyjście ze znanej strefy komfortu, tak jest za pierwszym razem. Po drugim razie już jest lepiej, a później człowiek zaczyna się przyzwyczajać i przejmuje nowy element do swojego życia.

Zajęcia odbywają się wieczorem, więc cały skład kursu to osoby pracujące ze wszystkich części świata: z USA, Estonii, Jemenu, Turcji, Francji, Rumunii, Pakistanu, Szwajcarii. Każdy tak naprawdę z inną historią nauki szwedzkiego, na bardzo różnym poziomie. Jest zatem chłopak, który już od 4 lat mieszka w Szwecji, mówi już całkiem dobrze, tylko z gramatykę chce odświeżyć, dlatego wylądował na tym kursie. I jestem ja, która nigdy nie uczylam się szwedzkiego.

Lekcje są dość wymagające, nauczycielka cały czas mówi po szwedzku. Wczoraj tematem głównym były poszukiwania mężczyzny idealnego dla 34-letniej Anny, która ma w życiu wszystko prócz mężczyzny :) Teamat jak najbardziej na czasie, bo podobno Sztokholm to miasto z największą ilością jednoosobowych gospodarstw domowych.

Stram się jak najwięcej zrozumieć, wyłapać, nieustannie przeszukuję mój umysł próbując odnależć skojarzenia z innych języków. O dziwo, nie jest nawet tak źle jak myślałam, jestem w stanie zrozumieć jakieś 90% nawet jeśli nie rozumiem niekiedy pojedynczych słówek. Okazuje się, że chyba zdążyłam się osłuchać trochę ze szwedzkim, jestem w stanie rozpoznać wyrazy w zdaniu, które wcześniej wydawało mi się jednym długim zdaniem.

Droga jeszcze długa, by rzeczywiście zacząć mówić, nie dopinguje też fakt, że wszyscy wokół bez wyjątku mówią po angielsku. Wiele zależy też od mojej pracy w domu nad językiem, chyba czasami będę musiała wybrać pomiędzy hobby a szwedzkim.

Pozdrawiam ciepło
Marta

Sunday, January 15, 2012

Gotowanie na emigracji

Gotowanie w nowym kraju może okazać się źródłem wielu niespodzianek i przygód kulinarnych, zwłaszcza jeśli nie zna się jezyka danego kraju i kupuje się "na czuja". Nigdy nie ma się pewności, czy kupiło się właściwy składnik i czy będzie miał on te same właściwości co w rodzimym kraju.
Pierwszej przygody kulinarnej doświadczyłam, gdy zaprosiłam, kiedy zaprosiłam do siebie w Szwecji pierwszych gości. Moja specjalność to tarta i tym razem chciałam ją zaserwować. Zdecydowałam się na tartę z serem kozim. Nie miałam pojęcia jak serek kozi nazywa się po szwedzku, ale zdecydowanie pomogło pismo obrazkowe. Ucieszyłam się, że udało mi się odnaleźć wszystkie składniki. Po pierwszym kęsie tarty zorientowałam się, że coś jest nie tak, tarta miała być na słono, ale tym razem nadzienie okazało się być słodkie. Z pomocą niezawodnego google translate odkryłam źródło słodkości, okazało się, że serek był owszem kozi, ale z miodem. Przy okazji przygody kulinarnej udało mi się poznać nowe szwedzkie słówko. Tarta smakowała inaczej niż zazwyczaj, ale była zjadliwa.
Będąc za granicą jest też okazja, by wypróbować nowe potrawy i poznać nowe smaki. Ja w końcu dostałam przepis na tres leches czyli ciasto mleczne i ochoczo zabralam się za pieczenie.

Przepis na TRES LECHES:

SKŁADNIKI:
ciasto:
1,5 szklanki mąki
5 jajek
1/2 kostki masła
1 szklanka cukru
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1,5 łyżeczki ekstraktu z wanilii ( ja po prostu dodałam trochę cukru waniliowego

Sos do nasączenia ciasta:
2 szklanki pełnotłustego mleka
300 g mleka skondensowanego słodkiego
300 g mleka skondensowanego niesłodzonego
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

Bita śmietana na górną warstwę ciasta.

1. Ubij masło z cukrem na gładką masę. Dodaj jajka i wanilię i znów ubij.
2. Powoli dodawaj mąkę wymieszaną wcześniej z proszkiem do pieczenia i zmiksuj wszystko razem.
3. Wyłóż masę do formy wysmarowanej tłuszczem i wstaw do pieca rozgrzanego do 180 stopni. Piecz około pół godziny.
4. Po ostudzeniu ciasta zalej sosem z mleka.
5. Na górę wyłóż bitą śmietanę.

Ciasto udało mi się całkiem dobre, ale wiem już co mogę poprawić następnym razem. Nieufnie podeszłam do tej ilości mleka pełnego podanego przepisie i dodałam mniej. Sos okazał się przez to za gęsty i ciasto się dokładnie nie naśączyło.
Wcześniej nie słyszałam też o mleku skondensowanym niesłodzonym. Prócz tego, że jest niesłodzone ma też inną, bardziej płynną konsystencję od zwykłego mleka skondensowanego.
Ciasto jest naprawdę proste i świetnie smakuje. Górę warto udekorować np. wzorkami gwiazdek z kakao, bo inaczej będzie trochę nudno wyglądać.

Cisto już zostało skonsumowane i nie udało mi się zrobić zdjęć.
Pozdrawiam ciepło nidzielnie.
Marta

Sunday, January 8, 2012

Wierność do bólu

Zastanawiałam się jaki tytuł nadać temu postowi. Gdybym Szweda zapytała o zdanie powiedzieliby coś w stylu "wierność i szacunek tradycji" albo "modny vintage". Ja bym określiła to prędziej jako "niedoróbka fachowców" albo "lenistwo fachowców". Przyznam, że jestem trochę przewrażliwiona, bo przez ten cały vintage, a konkretnie drzwi i vintagowy zamek zostałam okradziona w pierwszym tygodniu mojej bytności w Szwecji.
Ale o czym mowa - o kablach na wierzchu, które przedstawiają taki oto widok:




Włącznik światła w kuchni - w czasie odbioru mieszkania zgłosiłam to jako element połamany, aż uświadomiono mi, że to tak miało być, ten metalowy pypek wystający na środku to małe pokrętełko do modulowania światła.



A to już totalny hard core - kable i rury na wierzchu:



Naprawdę lubię vintage, ale to już dla mnie trochę za wiele.
A co wy sądzicie na ten temat?

Na Nowy Rok nie zrobiłam żadnych postanowień, ale mam marzenia, które chciałabym w tym roku zrealizować. Już od dawna paliłam się do tego, by odremontować mieszkanie w kamienicy i może w tym roku to marzenie ma szansę się spełnić. Jeszcze nie wiemy, czy w Polsce, czy w Szwecji, ale mam nadzieję, że w tym roku staniemy się już właścicielami mieszkania w kamienicy, najlepiej takiej do remontu :)

Pozdrawiam niedzielnie
Marta