Tuesday, December 11, 2012

Magiczna zima w Sztokholmie

Zima na dobre rozgościła się w Sztokholmie przynosząc prawdziwie magiczną atmosferę. I jak tu jej nie lubić! A tak byłam przed nią przestrzegana zanim przyjechałam do Szwecji. Codziennie się nią zachwycam.


Prawda, że jest pięknie!??
Pozdrawiam
Marta

Thursday, November 1, 2012

Nauka języków poszerza horyzonty

Znam ludzi, którzy mieszkają w danym kraju od lat i dość skutecznie uodparniają się na naukę języka, że czasami aż dziw bierze, że można być na tyle "odpornym", by nie znać nawet podstawowych zwrotów. W Szwecji również spotkałam sporo takich osób. Bo przecież można się tu wszędzie dogadać po angielsku! To wiele osób bardzo rozleniwia i umacnia w przekonaniu, że nauka szwedzkiego nie jest potrzebna. 
Bez znajomości szwedzkiego da się zdecydowanie żyć, ale gdy się już go zna, żyje się tu o wiele pełniej. 
Niedawno na zajęciach rozmawialiśmy o filmach Bergmana, przy okazji ucząc się nowych słów. Między innymi rozmawialiśmy o filmie "Smultronstället", który doczekał się polskiego tłumaczenia "Tam, gdzie rosną poziomki". Pamiętam, że widziałam go wiele lat temu w jednym z klimatycznych poznańskich kin i po obejrzeniu go zastanawiałam się, o co chodziło z tymi poziomkami, skąd pochodzi tytuł. Wytłumaczyłam to sobie jako bardzo dalekie i luźne odniesienie do leśnej scenerii, która pojawia się w filmie dość często. Musiałam pójść na kurs szwedzkiego, by dowiedzieć się, że słowo "smultronstället" ma po szwedzku dwojakie znaczenie, może to być rzeczywiście miejsce, gdzie rosną poziomki, ale w przenośni jest też używane jako określenie miejsca, gdzie czujemy się komfortowo i bezpiecznie. Tym miejscem dla bohatera filmu była młodość, do której wraca poprzez wspomnienia. 
Nauka języka to nie tylko przyswajanie sobie nowych słów, ale również odkrywanie nowych rzeczy i znaczeń. I to właśnie bardzo mi sie w nauce języków podoba. Tak sobie właśnie przypomniałam, że od ponad 20 lat, czyli momentu kiedy zaczęłam uczyć się angielskiego, nauka języków towarzyszyła mi nieustannie, czy byłam w Polsce czy poza nią. I mam nadzieję, że tak zostanie.
Pozdrawiam
Marta

Tuesday, September 4, 2012

Zmagań ze szwedzkim cdn

Jesień nadchodzi wielkimi krokami i przynajmniej w Szwecji można ją już całkiem odczuć, dosłownie i w przenośni. Liście jeszcze nie spadają, ale zrobiło się zdecydowanie chłodniej, bez płaszcza ani rusz! Znalazło by się pewnie kilka rzeczy, dla których lubię jesień, ale chyba najbardziej cieszę się z tego, że to czas wypełniony działaniem. Wszyscy wrócili z urlopów, rzucają się w wir pracy, po letnim maraźmie to bardzo miła odmiana, bo ileż można się leniuszyć! :) 
Działam i ja, między innymi zaczęłam nowy kurs szwedzkiego, po trzech miesiącach przerwy wakacyjnej odkurzam swoją bardzo świeżą jeszcze znajomość szwedzkiego. O dziwo, zauważam, że wcale się nie cofnęłam, w czasie wakacji jednak coś do tej głowy mimowolnie powpadało, bo pomimo że miałam przerwę w nauce jężyka, byłam nim cały czas otoczona. Z niemałą radością zauważam, że idę naprzód małymi krokami, coraz więcej potrafię zrozumieć i powiedzieć.Niedawno usłyszałam, że żeby opanować nową dziedzinę i stać się w niej mistrzem, trzeba na to poświęcić 10 tysięcy godzin, bez względu na dziedzinę. Cóż, mam nadzieję całkiem dobry efekt osiągnąć szybciej, niekoniecznie celując w mistrzostwo. Po prostu bardzo chciałabym zacząć już mówić po szwedzku na codzień!
Szwedzki wcale nie jest trudny, trzeba tylko osłuchać się z jego melodią i trochę połamać sobie jężyk na wymowie ;), ale generalnie nie jest zbyt skomplikowany, ma bardzo przyjazną gramatykę, czego ja zazwyczaj bardzo nie lubię, zdecydowanie wolę łamanie języka na wymowie :)
Znalazłam się w bardzo ambitnej grupie, co jeszcze bardziej motywuje mnie do nauki. W czasie ostatniego tygodnia zgłębialiśmy tajniki fauny szwedzkiej, poznawaliśmy nowe słownictwo związane z częściami ciała, chorobami itp. Bardzo fascynujące :) Moja ostatnia praca domowa powstała na temat niebezpiecznych zwierząt w Polsce. Brzmi to może trochęmało praktycznie, ale opowieść o zwierzętach okazała się tylko pretekstem do opowiedzenia wielu historii i poznania nowych słów np. kopać, odstraszać, bać się, być spokrewnionym, pochodzić od...
Mówi się, że im człowiek jest starszy, coraz trudniej przychodzi nauka języka. Myślę, że jest tak po części dlatego, że boimy się wychodzić ze strefy komfortu. Jako dziecko, człowiek uczy się wszystkiego od początku, wszystko jest nowe, idzie się naprzód nieustannie, bo nie zna się jeszcze tego poczucia komfortu. Z wiekiem, kiedy się już gdzieś zadomowimy, ciekawość przestaje pchać nas do przodu, postanawiamy zostać tam, gdzie jesteśmy zapominając o tym, że kawałek dalej może kryć się coś jeszcze bardziej fascynującego. 
Rozpoczynając naukę języka cofamy się do początku, nagle słowa więzną w gardle, nie potrafimy wydać dzwięku, bo nie wiemy jak powinien brzmieć. Bardzo niekomfortowa sytuacja, nie jest łatwo, ale trzeba ten moment przetrwać, bo później może być już tylko lepiej.
W mojej grupie większość osób jest dużo młodsza ode mnie. Dzieli nas co najmniej dziesięciolecie. Większość to studenci nawykli do uczenia się, ja już trochę wybieglam z obiegu, nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by znów zacząć się uczyć.
Czasami człowiek boi się, że będzie głupio wyglądał dukając i wysilając się, by złożyć słowa w sensowną całość. To chyba jedna z największych przeszkód na drodze do nauki czegoś nowego.

Pozdrawiam jesiennie.
Marta

Monday, August 6, 2012

Gotlandia, dzień drugi

Jak człowiek jedzie na krótki urlop (a mój trwał zaledwie 3 dni), spodziewa się, że pogoda musi dopisać. Z taką nadzieją jechałam też na Gotlandię. O ile pierwszy dzień pobytu okazał się upany, poranek dnia drugiego powitał nas szarością. Przynajmniej nie padało, nie tracąc optymizmu postanowiłyśmy udać się autobusem na drugą stronę wyspy do Slite, w pobliżu którego miały znajdować się sławne "raukar" czyli ciekawe formacje skalne. Droga z Visby do Slite trwała niecałą godzinę. Zbliżając się do miasta dostrzegłyśmy ogromne kominy górujące nad Slite, co wzbudziło w nas złe przeczucia. Jak się okazało należały do fabryki cementu...
Centrum miasta wydawało się zupełnie wymarłe, w końcu dostrzegłyśmy jednak otwarty sklep i tam postanowiłyśmy zapytać o wypożyczalnię rowerów. Wytłumaczyłyśmy sprzedawczyni, że chcemy wypożyczyć rower, by dojechać do "rauków". Panis pojrzała na nas jak na kosmitów i powiedziała, że to jest daleko, a najbliżasza wypożyczalnia rowerów jest w Visby... czyli tam skąd przyjechałyśmy.. nie pozostawało nic innego jak wrócić z powrotem. Kolejny autobus był za godzinę, więc przeszłyśmy się na mały spacer nad brzegiem morza, które tego dnia wyglądało wyjątkowo złowieszczo.

Po chwili zaczął padać rzęsisty deszcz, więc szybko wróciłyśmy na przystanek autobusowy. Slite nie okazało się być dla nas zbyt przyjazne.
Miny miałyśmy nietęgie, pół dnia poszło na marne i zastanawiałyśmy się co zrobić z jego drugą połową. I wtedy zdarzył się cud. Zadzwoniła do mnie koleżanka, która ten weekend również spędzała na Gotlandii, czy nie chciałyśmy się z nią wybrać na południe wyspy. Razem z mężem wynajęła samochód i miała jeszcze dwa miejsca wolne... Ba, pytanie! Oczywiście, że chciałyśmy. 
Po powroie do Visby prosto z autobusu przesiadłyśmy się do samochodu i ruszyłyśmy na południe. Z każdym kilometrem przejaśniało się. Na południu powitała nas już pełnia słońca. Na początek trafiliśmy do starego domu botanika z pięknym ogrodem. 



W przyogrodowej kawiarni po raz pierwszy spróbowałam "safranspankaka" czyli placek szafranowy. Nawet nie wiem jak je opisać. Ciasto to jest na bazie ryżu, oczywiście z dodatkiem szafranu, podawane z dżemem i bitą śmietaną. Nie każemu przypadnie do gustu, ale miłośnicy szafranu na pewno się nie rozczarują.
 Jadąc dalej na południe natknęliśmy się na przeogromne pole usiane makami.



A o tym co było dalej, napiszę wkrótce.
Pozdrawiam
Marta

Sunday, August 5, 2012

Migawki ze Sztokholmu

W tym roku wszyscy w Sztokholmie narzekają, że lato się nie udało. Ja zaś uważam, że jest fenomenalnie! Może to dlatego, że miałam niskie oczekiwania co do pogody, a może po prostu dlatego, że temperatura poniżej 25 stopni i lekki wietrzyk to coś właśnie dla mnie.

Kilkakrotnie w tym roku robiłam w Sztokholmie za przewodnika i wtedy udało mi się "cyknąć" kilka zdjęć.
Tutaj Sztokholm widziany z Sodermalm:

I to niebo, mistrzowsko wymalowane chmurami, nigdzie tak pięknego nie widziałam.
Pozdrawiam
Marta

Sunday, July 15, 2012

Semester czyli wakacje po szwedzku

"Semester" po szwedzku wcale nie oznacza semestru szkolnego, wręcz przeciwnie, to słowo po szwedzku oznacza "wakacje", które właśnie trawają w najlepsze. W zeszłym tygodniu przeżyłam szok kulturowy, okazało się, że w Szwecji w lipcu życie pracownicze zamiera i wszyscy udają się na wakacje! Nikt nie myśli o zastępstwach, przekazaniu obowiązków, projektach, wszyscy jak jedn mąż udają się po prostu na 4 tygodnie wakacji!!! Nawet okoliczne restauracje zamknięto na miesiąc i nie ma wyboru, na lunch trzeba ugotować coś w domu. Jako że ja swój wolny urlop zużywam na wyjazdy do Polski i nie mogę sobie pozwolić na tak długie wakacje, jestem uziemiona w niemal pustym biurze. Oczywiście nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, uda mi się nadrobić zaległości i popracować nad rzeczami, na które zwykle nie ma czasu. Przyznam jednak, że wszechobecna pustka działa demotywująco. Ostatnio udało mi się wybrać na krótkie trzydniowe wakacje na Gotlandię. Jadąc tam oczekiwania miałam wielkie, bo tyle się nasłuchałam o tym mitycznym miejscu od znajomych Szwedów. Najbardziej liczyłam na spektakularne obchody Midsommer. Na wyspę dotarłyśmy nad ranem promem z Nynashamn, który dociera do stolicy wyspy - Visby. By nie tracić czasu na przemieszczanie się, hotel zabukowałam tuż przy terminalu promowym i było to naprawdę świetne rozwiązanie. 


Po rozpakowaniu się od razu ruszyłyśmy do Visby, malutkie miasteczko z dobrze zachowanymi elementami średniowiecznej zabudowy i imponującym murem obronnym.


W informacji turystycznej dowiedzieliśmy się o obchodach Midsummer czyli przesilenia letniego i szybko udałyśmy się we wskazane miejsce, by nie przegapić niczego ze spektakularnego widowiska, jakiego spodziewałyśmy się doświadczyć. Pustka, którą zastałyśmy po przybyciu na wskazane miejsce, wydała nam się podejrzana. Przypuszczałyśmy, że może jednak nie dotarłyśmy na właściwe miejsce. Po chwili jednak plac zaczął się zaludniać, a na środek wjechał samochód z przyczepką, w której usadowili się muzykujący panowie z instrumentami. Za nimi zaś podążała grupa miejscowych w ludowych strojach niezbyt donośnie coś śpiewając. Nie takiego świętowania się spodziewałyśmy. Trochę rozczarowane postanowiłyśmy pocieszyć się w naleśnikarni. 


Uczta, jaką nas tam ugoszczono, wynagrodziła wszystko! Naleśnik z typowo szwedzkim serem - Vesterboten oraz rukolą.


Na deser zaś naleśnik z lodami szafranowymi! Pycha! 

O ile w ciągu dnia miałyśmy szczęście do pogody, wieczorem rozpadało się niemiłosiernie. Po całym dniu chodzenia miałyśmy ochotę usiąść w przytulnym zakątku i spróbować jakiegoś lokalnego specjału. Okazało się, że wieczorem miasto opustoszało, wyglądało wręcz na zaupełnie wymarłe. Mit o hucznym świętowaniu Midsommer w Visby upadł. W końcu udało się nam znaleźć otwarty turecki fast food, gdzie w towarzystwie innych zabłąkanych obcokrajowców, przy frytkach i coli obejrzałyśmy mecz Niemcy-Grecja. To tyle jeśli chodzi o tegoroczne świętowanie Midsommer. W przyszłym roku mam nadzieję wybrać się do Dalarna, ojczyzny czerwonego szwedzkiego konika i tak w końcu doświadczyć Midsummer. Przy okazji opowiem o kolejnych dwóch dniach na Gotlandii. Tyle na dzisiaj. 
Pozdrawiam 
Marta

Saturday, April 28, 2012

Wiosna już!

Dawno mnie tu nie było. Przyznam, że zagrzebałam się w pracy, nawet nie zauważyłam zimy w tym roku. Prawdę powiedziawszy okazała się w tym roku również bardzo łaskawa i nie dawała o sobie za bardzo znać. Wiosny nie da się jednak przeoczyć, wkrada się dosłownie wszędzie, nawet na duszy jakoś lżej i aż chce się działać. Wczoraj Sztokholm wyległ na ulice, nagle zrobiło sie tłoczno i gwarno, aż miasta poznać nie mogłam. Zupełnie jakbym znalazła się w innym miejscu. Wystarczyło, by temperatura zbliżyła się do dwudziestej kreski, by wykurzyć ludzi z domów. Słońce jest tu przyznam łaskawe i świeci tak jakoś czysto. Zaczynam odczuwać, że mieszkam na ostatnim piętrze. U mnie w mieszkaniu jest już nie tylko wiosna, ale także lato. W końcu przerzuciłam się na krótki rękawek. A tak dziś rano słońce wkradło się do mojego mieszkania.
Na zdjęciach aż tak tego nie widać, ale było naprawdę słonecznie. Strasznie się już cieszę na nadchodzące szwedzkie lato (tutaj jest takie wyrażanie o znaczeniu zbliżonym do "polskiej jesieni", bo to lato jest tu najpiękniejsze). Pozdrawiam słonecznie Marta